poniedziałek, 7 czerwca 2021

Flores - różowa, albo kwiatowa wyspa

 Wyspa Flores nazywana jest różową, albo kwiatową (choć w przeszłości nosiła nazwę Sao Tomas, a nawet wyspy kormoranów ) , jest najbardziej na zachód położoną wyspą Azorów. Jest niewielka (ok. 10x15 km) i jest szóstą pod względem wielkości wyspą archipelagu. Zamieszkuje ją nieco ponad 3500 ludzi. Razem z Wyspą Corvo oddaloną o ok. 20 km od 2009 r. stanowią rezerwat biosfery UNESCO. Jest najbardziej zieloną wyspą z licznymi jeziorami i wodospadami (jest ich podobno ponad 200). Odkryta została w 1475 roku przez żeglarza Diego de Teive. Stolicą wyspy jest Santa Cruz das Flores, w której rezydujemy.


Jak zwykle na początku o zwyczajach covidowych. W hotelu, podobnie jak na Terceirze, śniadania w formie bufetu podawane są przez personel. Oczywiście obowiązuje dystans, maseczka i dezynfekcja. Po śniadaniu spenetrowalismy okolice hotelu, a konkretnie piscinas natureis.









Zabytkowa fabryka wielorybnicza była niestety zamknięta (niedziela). 

Zobaczymy ja jutro. Pojechalismy na punkt widokowy nad miastem, skąd można było podziwiać panoramę miasta, przyległe wybrzeże oraz pas startowy, na którym właśnie lądował samolot. 





Jako, że niedziela, byliśmy na mszy w miejscowym kościele NS de Conceisao (MB Niepokalanie Poczętej).







Obok znajdował się inny kościół, o charakterystycznej żółtej fasadzie, obecnie przekształcony w muzeum. 



Udaliśmy się następnie wgłąb wyspy. Pogoda była wyśmienita, 24C. Na koleinych punktach widokowych zachwycaliśmy się pejzażem.






 Głównym jedak celem by tutejsze caldeiry: Seca, Branca, Comprida i Negra. Wznosiliśmy się dobrze utrzymaną drogą do góry na wysokość ok. 700 m npm. Kiedy byliśmy prawie u celu, niebo zasnuło się chmurami i zrobiło się "mleko". Czyżby tutejsze kaldery, podobnie jak na Faial, skrywały przed nami tajemnice? Udało się co nieco zobaczyć, przy okresowych powiewach wiatru, który na chwilę przeganiał częściowo mgłę.



Caldeira Seca
Caldeira Branca

Caldeira Comprida

Caldeiry Branca nie było widać. No cóż, podejmiemy próbę jeszcze raz jutro, a obecnie realizowaliśmy nasz plan. Zjechaliśmy w okolice miejscowości nadmorskiej Fajazinha, która zlokalizowana jest po drugiej, zachodniej stronie wyspy, by podziwiać kompleks wodospadów Poco Ribeira do Ferrario. Zatrzymalismy samochód przy drodze i wyznaczonym szlakiem około 600 m w górę przemierzaliśmy bogatym w roślinność las z towarzyszeniem szemrzącego potoku. Widząc nisko nad głowami zawieszone chmury, byliśmy pełni obaw, czy zobaczymy wodospady. Wreszcie dotarliśmy nad niewielkie jeziorko, do którego z wysokości spadało kilka wąskich strog wody. Ze względu na niski pułap chmur, wydawało się, że wodospady właśnie z nich wypływają.











Po zejściu w dół, kolejnym punktem naszego zwiedzania było miasteczko Faja Grande. Ale, że głód doskwierał, wypatrywaliśmy po drodze restauracji. Dostrzegliśmy wśród lasów strzałkę z napisem Restaurante. Podążając za znakami, po kilkuset metrach dotarliśmy do urokliwego miejsca otoczonego z jednej strony lasem, z drugiej, w dole oceanem.


 Okazało się, że jest to stara, opuszczona wioska, której część budynków adaptowano na miejsca hotelowe i restaurację. Dorsz z grilla i zupa rybna wraz ze świeżo wyciskanym sokiem z pomaranczy były pyszne, ale my najbardziej zachwycaliśmy się ukwiecona okolicą, przenosząc się w czasie jakby sto lat wstecz.








W końcu dotarliśmy do Faja Grande, miejscowości, która jest najbardziej wysunięta na zachód w Europie. 
Tu odwiedziliśmy miejscowy kościółek, 


ale największą atrakcją był kolejny wodospad: Cascata do Bacalhau (wodospad dorszowy), pod który można było podejść w najwiekszej bliskości. Wody wodospadu spadają z wysokości ok. 100 m. 





Płynący dalej strumieni zasila dwa stare młyny wodne.



Dotarlismy w końcu do Ponta da Faja, gdzie droga się kończy przed wielkim nadmorskim urwiskiem. Tu oglądaliśmy niewielki kościołek. Z oceanu wystawała niewielka skała, która nazywana jest Wyspą Moniki i tak naprawdę ona jest ostatnim na zachód wysuniętym skrawkiem Europy. 







Udaliśmy się w drogę powrotną, zaliczając (częściowo we mgle) kolejne miradoura.


Ponta dos Bredos




Rocha dos Bordoes
Mosteiro

Na koniec odwiedziliśmy Lagoa Funda i Lagoa Grasa, ale efekt oglądania psuła znowu mgła. 



Wróciliśmy do Santa Cruz skapanego w słońcu. Taka jest pogoda na Azorach. Kolacją w hotelowej restauracji zakończyliśmy ten ciekawy, choć męczący dzień. Jutro ostatni dzień pobytu na Flores i ciąg dalszy eksploracji wyspy. 

Na koniec kilka zdjęć potwierdzających określenie Wyspy jako różowej albo kwiatowej.




















1 komentarz:

Lizbona na leniwo i powrót

Przyszedł ostatni dzień naszej podróży. Dziś nie planowalismy jakiegoś konkretnego zwiedzania. Po prostu dziś chcieliśmy się powłóczyć po Li...