poniedziałek, 31 maja 2021

Faial - niebieska wyspa

Faial, wyspa o wymiarach zaledwie 14x20 km, którą zamieszkuje ok. 15 tys. osób, której stolicą jest Horta, nazywaną jest niebieską, czy może błękitną wyspa. A wszystko z powodu kwitnących tu masowo hortensji, które zazwyczaj są właśnie w tym kolorze. Czy zastanawialiscie się skąd wzięła się nazwa: hortensja? To oczywiste, że to kwiat rodem z Horty. My trafiliśmy na początek kwitnienia hortensji. Prawdziwa feria kwietnych barw będzie, za 2-3 tygodnie, ale już teraz hortensje robią wrażenie: rosną niemal przy każdej drodze i stanowią rodzaj kwietnego ogrodzenia, czy parkanu. Są w różnych kolorach, ale przeważa błękitny i biały. Najwięcej ich kwitnie teraz w dolnych częściach wyspy, wyżej kwitnienie będzie później. Jeszcze nie kwitnące hortensje widzieliśmy na wys. 1000 m npm. 






Do hortensji należy jeszcze dodać mniej częste, ale imponujące azalie w kolorze czerwonym. 


i wiele innych wielobarwnych kwiatów, które można spotkać przy drodze. Nas poza tym urzekly kobierce z nasturcji. 

Oprócz florystycznych doznań, głównymi celami naszej dzisiejszej eskapady były wulkany Caldeira i Capelinho. Wyruszyliśmy rankiem spod hotelu naszą Pandzia i wspięliśmy się na pobliskie wzniesienie, gdzie usytuowane było Miradouro (miejsce widokowe) da Nossa Senhora de Conceicao. Stąd roztaczał się przepiękny widok na Horte i niestety zachmurzony Pico.



Mimo, że nad naszymi głowami nisko przewalały się chmury, okresowo zakrywając krajobraz, to nic nie zapowiadało, że pogoda może się zepsuć. Ale na Azorach wszystko może się zdarzyć i trzeba być na to przygotowanym.

Odwiedziliśmy pobliski ogród botaniczny, gdzie zapoznaliśmy się z endemicznymi roślinami Azorów, jak np. Azarinia vidali, i bogatą kolekcja storczyków. Obejrzelismy film o ratowaniu ginacyh gatunków roślinnych. Podczas zwiedzania ogrodu pokapywalo i udostępniono nam parasole, które potem skrzętnie dezynfekowano.







Wreszcie zaczęliśmy się wspinać na Caldeire, czyli na wysokość ok. 1000 m. npm. Im wyżej, tym było gorzej, pokrapywanie zamieniło się w prysznic cienkostrumieniowy, który chyba jest gorszy od ulewnego deszczu. Do tego doszła mgła. Efekt: podziwianie kaldery wulkanicznej mogło odbywać się tylko w wyobraźni.

Kaldera ma średnicę ok. 2 km, a głębokość ok. 500 m. Na krawędzi kaldery jest szlak pieszy o długości 8 km. Zejście do kaldery jest niemożliwe. Jest to ścisły rezerwat przyrody z endemicznymi roślinami i dwoma jeziorkami. Pomimo deszczu, jadąc na kaldere, mogliśmy podziwiać różne piętra roślinności. Nas urzekl las, który obfitując w drzewa cedropochodne i olbrzymie paprocie przywodził na myśl Park Jurajski. 




Czy zatem nie jest trochę prawdy, że to tu mogła znajdować się zaginiona Atlantyda? Zjeżdżając na dół liczyliśmy na poprawę pogody. Nic z tego: showeru ciąg dalszy. Odwiedzenie dwóch zaplanowanych miradourow na zachodnim wybrzeżu wyspy skończyło się fiaskiem - mgla, nic nie widać. Kolejna atrakcja, jedyna taka na Azorach, wulkan Capelinho była zagrożona. Jeszcze 2-3 km wcześniej sytuacja wyglądała na beznadziejna. A tu przyjeżdżamy, chmury się rozstępują i Capelinho w całej okazałości, choć wieje niemiłosiernie. Takie właśnie są Azory, a pogoda na nich nieprzewidywalna.


 Wulkan Capelinho powstał zaledwie nieco ponad 60 lat temu. Podwodna erupcja wulkaniczna we wrześniu 1957 roku spowodowała najpierw powstanie wyspy o wysokości 100 m., która w ciągu jednej nocy zapadła się do oceanu. Kolejne erupcje i wylewy ławy spowodowały jednak, że powierznia Azorów, a tym samym Portugalii powiększyła so o 2,4 km kw., a okolica pokryta została 1,5 m warstwa popiołu. Informacje na temat wulkanu, w ciekawej formie audiowizualnej można posiąść zwiedzając podziemne muzeum w pobliżu wulkanu, skryte pod warstwa popiołu wulkanicznego. W związku z poprawą pogody zapadła decyzja o ponownym zdobyciu kaldery, ale ona postawiła na swoim, i tylko częściowo odsłoniła rabka swej tajemnicy. 


Po drodze zobaczyliśmy jeszcze ciekawy półwysep Castel Branco i nadal zachwycaliśmy się hortensjami. 

Dzień zakończył się równie miło jak wczoraj, tym razem w knajpce w Porto Pimo (dzielnica Horty), tuż nad oceanem, gdzie konsumowaliśmy świeżutkie, grillowane ryby. Właściciel knajpki Genuine Madruga jest znanym azorskim żeglarzem, który 2x oplynal świat dookoła. Na zakończenie, w formie gratisu uraczył nas lampka przepysznego miejscowego likieru.

Miecznik







Horta

Lot na Faial trwał 2,5 h i przebiegał w nastroju azul, czyli w kolorze błękitnym. To barwy SATA Airlines. Stewardesy w związku z tym przyodziane były w kostiumy w kolorze azul. No i przede wszystkim zniżając się do lądowania ukazał nam się bezkres Atlantyku, również w kolorze azul. Wypatrywaliśmy najwyższego szczytu Portugalii, wulkanu Pico, ale niestety podchodziliśmy do ladowania od strony zachodniej i Pico był niewidoczny. Ale emocji nie zabrakło. Tuż przed ladowaniem, samolot (Airbus A320, czyli duży jak na tutejsze lotniska) lecąc kilka metrów nad poziomem morza, a jednocześnie równolegle do urwistego brzegu, niemal zahaczał lewym (czyli od naszej strony) skrzydłem o ten brzeg. Dodatkowo, dostając podmuchy wiatru skrzydło robiło ruchy góra-dół. Były to sekundy, ale myśli długie: przyrysuje skrzydłem o brzeg, czy nie? Wreszcie lądowanie, a właściwie nagle tapniecie, i na raz gwałtowne hamowanie, więc cokolwiek luźnego latalo po samolocie. Oczywiście doceniliśmy rolę zapiętych pasów lotniczych. Okazuje się, że w tym wszystkim nie było wyjątkowości. Hamowanie takie, musiało być, bo inaczej z powodu krótkiego pasa lądowania i dużego samolotu wpadlibyśmy do oceanu po drugiej stronie pasa. Samolot szybko wykolowal do miejsca postoju, będąc jedynym na tym małym lotnisku.


Wysiadając z samolotu mogliśmy wreszcie dostrzec Pico. 


Lotnisko małe, ale profesjonalnie urządzone, że schodami ruchomymi na piętro i choć jedyną, to obrotowa taśma do odbioru bagażu. Ten był szybko. Długo natomiast stało się do kontroli sanitarnej. Sama kontrola dla nas była krótka. Zczytanie kodów QR i droga wolna. Warto więc było wcześniej tracić czas na wypełnianie kwestionariusza. Spora część pasażerów przekierowywana była do punktu wymazowego. Taksówka dotarliśmy do oddalonego o ok. 10 km głównego miasta wyspy Horty, do hotelu o takiej samej nazwie. Z okna hotelowego roztaczał się taki widok (niestety Pico nie ukazał się na w całej krasie, tylko w chmurnym przyodzieniu).

Ponieważ była niedziela, więc zaplanowaliśmy spędzić koniec dnia po bożemu. W tej małej miejscowości, w której nota bene mieści się parlament azorski, jest kilka kościołów. Poszliśmy, a właściwie wdrapaliśmy się stromą uliczką do największego, Dominikanow, ale był zamknięty.

Więc zbiegliśmy do kolejnego, pw. Zbawiciela S. Salvador, gdzie właśnie zaczynała się msza. 


Ludzi bylo sporo, ale większość starszych (oczywiście w dystansach społecznych). Piękna była oprawa śpiewna, która nas urzekla. Piękny był też wystrój kościoła.


Po mszy przespacerowaliśmy się wzdłuż portu jachtowego oglądając m. in. bastion

i ciekawe malunki na murach i murkach oraz falochronach. Jest tu tradycja, że przybywający tu żeglarze z różnych stron, zostawiają na pamiątkę swoje malunki. Jest ich tysiące. 


Dzień zakończyliśmy całkiem miło, w przyportowej knajpce Canto da Duka delektując się pieczonymi wlasnorecznie na kamieniu różnymi rodzajami ryb i owoców morza. Pycha! 




niedziela, 30 maja 2021

Lizbona

Nawiązując do wczorajszego posta, coś niecoś jeszcze o obostrzeniach pandemicznych, tym razem dotyczących hotelu. Zatrzymalismy się w Lisbonie w przylotniskowym hotelu TRYP Lisboa Aeroporto że względu na późną 
porę przylotu i dalszy lot nazajutrz. 


Hotel dostosował się do wymagań pandemicznych: zdezynfekowane i zabezpieczone, jakby po dokonanej zbrodni, przez policję pokoje, 


pomiary temperatury przy wejściu, lmit 2 osób w windzie, zdezynfekowane sztućce podczas śniadania i wymóg nabierania sobie potraw że szwedzkiego stołu w rękawiczkach.





Dopolodniowy czas, przed odlotem na Azory, zdecydowaliśmy wypełnić zwiedzaniem Lizbony. Jako, że pod koniec podróży jeszcze do niej powrócimy, dziś postanowiliśmy (również uwzględniając normy czasowe) skoncentrować się na Alfamie, położonej na wzgórzu starej dzielnicy Lizbony. Byliśmy tam około 9:00, co zważywszy, że to niedziela, zastaliśmy tam wyjątkowa ciszę i prawie brak ruchu, co niewątpliwie dodawało jeszcze uroku. Ruch wzmagał się w kolejnych godzinach, ale i tak nie był duży. Zaczelismy od placu do Comercio i nadbrzeża Tagu, rozkoszując się rozległymi widokami o poranku.
 


Dalej zachwycaliśmy się pięknymi drzwiami w stylu manuelinskim kosciola Niepokalanego poczęcia NMP. 


Potem była wysadzana niby  diamentami Casa dos Bicos, 


kościół Św. Antoniego i Katedra (niestety zamknięte). 



Dalej mozolnie brnąc w górę (a było coraz goręcej) doszliśmy do dwóch punktów widokowych : do S. Luzia i placu Porta do Sol. Na tym ostatnim do widoku dołączyliśmy kawę, soczek i ciastko. 








Idąc dalej w górę do zamku Św. Jerzego, w którym poza zwiedzeniem budowli fortyfikacyjnych była możliwość podziwiania całej panoramy miasta (wstęp oczywiście po dezynfekcji rąk i pomiarze temperatury). 











Manuel I, ten od stylu manuelinskiego




Schodzac w dół rozkoszowaliśmy się kamienicami wyłożonymi Azulejos i przepięknie kwitnącymi drzewami






Ponieważ czas naglił, udaliśmy się na lotnisko, na którym tak jak i wczoraj były tłumy ludzi. Odprawa przebiegła spawnie (oczywiście po okazaniu wyniku testu covidowego), potem dość długie poszukiwanie Gate i równie długi przejazd do samolotu na płycie lotniska. Nasz SATA Airlines Airbus A320 już na nas oczekiwał. 


Po chwili wzbiliśmy się w niebo żegnając kontynent europejski. 







 


Lizbona na leniwo i powrót

Przyszedł ostatni dzień naszej podróży. Dziś nie planowalismy jakiegoś konkretnego zwiedzania. Po prostu dziś chcieliśmy się powłóczyć po Li...