Faial, wyspa o wymiarach zaledwie 14x20 km, którą zamieszkuje ok. 15 tys. osób, której stolicą jest Horta, nazywaną jest niebieską, czy może błękitną wyspa. A wszystko z powodu kwitnących tu masowo hortensji, które zazwyczaj są właśnie w tym kolorze. Czy zastanawialiscie się skąd wzięła się nazwa: hortensja? To oczywiste, że to kwiat rodem z Horty. My trafiliśmy na początek kwitnienia hortensji. Prawdziwa feria kwietnych barw będzie, za 2-3 tygodnie, ale już teraz hortensje robią wrażenie: rosną niemal przy każdej drodze i stanowią rodzaj kwietnego ogrodzenia, czy parkanu. Są w różnych kolorach, ale przeważa błękitny i biały. Najwięcej ich kwitnie teraz w dolnych częściach wyspy, wyżej kwitnienie będzie później. Jeszcze nie kwitnące hortensje widzieliśmy na wys. 1000 m npm.
Do hortensji należy jeszcze dodać mniej częste, ale imponujące azalie w kolorze czerwonym.
i wiele innych wielobarwnych kwiatów, które można spotkać przy drodze. Nas poza tym urzekly kobierce z nasturcji.
Oprócz florystycznych doznań, głównymi celami naszej dzisiejszej eskapady były wulkany Caldeira i Capelinho. Wyruszyliśmy rankiem spod hotelu naszą Pandzia i wspięliśmy się na pobliskie wzniesienie, gdzie usytuowane było Miradouro (miejsce widokowe) da Nossa Senhora de Conceicao. Stąd roztaczał się przepiękny widok na Horte i niestety zachmurzony Pico.
Mimo, że nad naszymi głowami nisko przewalały się chmury, okresowo zakrywając krajobraz, to nic nie zapowiadało, że pogoda może się zepsuć. Ale na Azorach wszystko może się zdarzyć i trzeba być na to przygotowanym.
Odwiedziliśmy pobliski ogród botaniczny, gdzie zapoznaliśmy się z endemicznymi roślinami Azorów, jak np. Azarinia vidali, i bogatą kolekcja storczyków. Obejrzelismy film o ratowaniu ginacyh gatunków roślinnych. Podczas zwiedzania ogrodu pokapywalo i udostępniono nam parasole, które potem skrzętnie dezynfekowano.
Wreszcie zaczęliśmy się wspinać na Caldeire, czyli na wysokość ok. 1000 m. npm. Im wyżej, tym było gorzej, pokrapywanie zamieniło się w prysznic cienkostrumieniowy, który chyba jest gorszy od ulewnego deszczu. Do tego doszła mgła. Efekt: podziwianie kaldery wulkanicznej mogło odbywać się tylko w wyobraźni.
Kaldera ma średnicę ok. 2 km, a głębokość ok. 500 m. Na krawędzi kaldery jest szlak pieszy o długości 8 km. Zejście do kaldery jest niemożliwe. Jest to ścisły rezerwat przyrody z endemicznymi roślinami i dwoma jeziorkami. Pomimo deszczu, jadąc na kaldere, mogliśmy podziwiać różne piętra roślinności. Nas urzekl las, który obfitując w drzewa cedropochodne i olbrzymie paprocie przywodził na myśl Park Jurajski.
Czy zatem nie jest trochę prawdy, że to tu mogła znajdować się zaginiona Atlantyda? Zjeżdżając na dół liczyliśmy na poprawę pogody. Nic z tego: showeru ciąg dalszy. Odwiedzenie dwóch zaplanowanych miradourow na zachodnim wybrzeżu wyspy skończyło się fiaskiem - mgla, nic nie widać. Kolejna atrakcja, jedyna taka na Azorach, wulkan Capelinho była zagrożona. Jeszcze 2-3 km wcześniej sytuacja wyglądała na beznadziejna. A tu przyjeżdżamy, chmury się rozstępują i Capelinho w całej okazałości, choć wieje niemiłosiernie. Takie właśnie są Azory, a pogoda na nich nieprzewidywalna.
Wulkan Capelinho powstał zaledwie nieco ponad 60 lat temu. Podwodna erupcja wulkaniczna we wrześniu 1957 roku spowodowała najpierw powstanie wyspy o wysokości 100 m., która w ciągu jednej nocy zapadła się do oceanu. Kolejne erupcje i wylewy ławy spowodowały jednak, że powierznia Azorów, a tym samym Portugalii powiększyła so o 2,4 km kw., a okolica pokryta została 1,5 m warstwa popiołu. Informacje na temat wulkanu, w ciekawej formie audiowizualnej można posiąść zwiedzając podziemne muzeum w pobliżu wulkanu, skryte pod warstwa popiołu wulkanicznego. W związku z poprawą pogody zapadła decyzja o ponownym zdobyciu kaldery, ale ona postawiła na swoim, i tylko częściowo odsłoniła rabka swej tajemnicy.
Po drodze zobaczyliśmy jeszcze ciekawy półwysep Castel Branco i nadal zachwycaliśmy się hortensjami.
Dzień zakończył się równie miło jak wczoraj, tym razem w knajpce w Porto Pimo (dzielnica Horty), tuż nad oceanem, gdzie konsumowaliśmy świeżutkie, grillowane ryby. Właściciel knajpki Genuine Madruga jest znanym azorskim żeglarzem, który 2x oplynal świat dookoła. Na zakończenie, w formie gratisu uraczył nas lampka przepysznego miejscowego likieru.



























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz