Lot na Faial trwał 2,5 h i przebiegał w nastroju azul, czyli w kolorze błękitnym. To barwy SATA Airlines. Stewardesy w związku z tym przyodziane były w kostiumy w kolorze azul. No i przede wszystkim zniżając się do lądowania ukazał nam się bezkres Atlantyku, również w kolorze azul. Wypatrywaliśmy najwyższego szczytu Portugalii, wulkanu Pico, ale niestety podchodziliśmy do ladowania od strony zachodniej i Pico był niewidoczny. Ale emocji nie zabrakło. Tuż przed ladowaniem, samolot (Airbus A320, czyli duży jak na tutejsze lotniska) lecąc kilka metrów nad poziomem morza, a jednocześnie równolegle do urwistego brzegu, niemal zahaczał lewym (czyli od naszej strony) skrzydłem o ten brzeg. Dodatkowo, dostając podmuchy wiatru skrzydło robiło ruchy góra-dół. Były to sekundy, ale myśli długie: przyrysuje skrzydłem o brzeg, czy nie? Wreszcie lądowanie, a właściwie nagle tapniecie, i na raz gwałtowne hamowanie, więc cokolwiek luźnego latalo po samolocie. Oczywiście doceniliśmy rolę zapiętych pasów lotniczych. Okazuje się, że w tym wszystkim nie było wyjątkowości. Hamowanie takie, musiało być, bo inaczej z powodu krótkiego pasa lądowania i dużego samolotu wpadlibyśmy do oceanu po drugiej stronie pasa. Samolot szybko wykolowal do miejsca postoju, będąc jedynym na tym małym lotnisku.
Wysiadając z samolotu mogliśmy wreszcie dostrzec Pico.
Lotnisko małe, ale profesjonalnie urządzone, że schodami ruchomymi na piętro i choć jedyną, to obrotowa taśma do odbioru bagażu. Ten był szybko. Długo natomiast stało się do kontroli sanitarnej. Sama kontrola dla nas była krótka. Zczytanie kodów QR i droga wolna. Warto więc było wcześniej tracić czas na wypełnianie kwestionariusza. Spora część pasażerów przekierowywana była do punktu wymazowego. Taksówka dotarliśmy do oddalonego o ok. 10 km głównego miasta wyspy Horty, do hotelu o takiej samej nazwie. Z okna hotelowego roztaczał się taki widok (niestety Pico nie ukazał się na w całej krasie, tylko w chmurnym przyodzieniu).
Ponieważ była niedziela, więc zaplanowaliśmy spędzić koniec dnia po bożemu. W tej małej miejscowości, w której nota bene mieści się parlament azorski, jest kilka kościołów. Poszliśmy, a właściwie wdrapaliśmy się stromą uliczką do największego, Dominikanow, ale był zamknięty.
Więc zbiegliśmy do kolejnego, pw. Zbawiciela S. Salvador, gdzie właśnie zaczynała się msza.
Ludzi bylo sporo, ale większość starszych (oczywiście w dystansach społecznych). Piękna była oprawa śpiewna, która nas urzekla. Piękny był też wystrój kościoła.
Po mszy przespacerowaliśmy się wzdłuż portu jachtowego oglądając m. in. bastion
i ciekawe malunki na murach i murkach oraz falochronach. Jest tu tradycja, że przybywający tu żeglarze z różnych stron, zostawiają na pamiątkę swoje malunki. Jest ich tysiące.
Dzień zakończyliśmy całkiem miło, w przyportowej knajpce Canto da Duka delektując się pieczonymi wlasnorecznie na kamieniu różnymi rodzajami ryb i owoców morza. Pycha!












Niech Faial Wam się dobrze zwiedza :)
OdpowiedzUsuń