środa, 9 czerwca 2021

Sao Miguel - zachodnia część wyspy

Dziś będzie mało pisania, a więcej oglądania, bowiem widoki były cudne. Poranek przywitał nas słonecznie. Po sympatycznym śniadanku w hotelu, również serwowanym ze szwedzkiego stołu przez kelnerów, wypozyczylismy naszego czerwonego kapturka (Renault Captur w kolorze czerwonym) w pobliskim Ilha Verde Rent-a-car. 

;) 


I wyruszyliśmy w kierunku zachodnim wyspy. Po minięciu lotniska,

wznosząc się do góry miny nam zrzedly, bowiem zaczęło się chmurzyć i wkrótce wjechalismy w mgłę. Czyżby i Sao Miguel chciał skryć przed nami swe tajemnice? Wkrótce jednak mogliśmy się przekonać, co to znaczy zmienność pogody na Azorach, i to doslownie z minuty na minutę. Tymczasem raczyliśmy się widokiem przydrożnych hortensji. 




Dziś w planie zwiedzania dominowały jeziora w kalderach wulkanicznych, czyli Lagoa. Pierwszym było Lagoa do Peixe (jeziorko rybie).


A po chwili... 


A po chwili w pobliżu... 


W dalszej kolejności próbowaliśmy przez mgłę wypatrywać pejzaży północnego wybrzeża z Miradouro do Pico Carvao. 




Kolejnym etapem były Lagoas Empanadas (jeziora pierozkowe) i Rasa (jezioro plytkie) . Droga do nich wiodła do góry przez ciemny, ale piękny las. Po drodze zainstalowno siedziska dla zmęczonych. 








Zadbano również o środowisko w ciekawy sposób.

Jeziora spowite były mgła, ale po pewnym czasie ukazały swoje oblicze. 



Drozka hortensjowa prowadziła na Pico do Paul, z którego, pomimo mgły, co nieco dało się zobaczyć. Po drodze pasły się sympatyczne krowy. 




Po zejściu na dół podziwialiśmy jeszcze Lagoa do Carvao i dwa stare akwedukty, które służyły niegdyś do sprowadzania wody z lagoa do miejscowości na wybrzeżu. Dziś czyni to zespół rur i pomp. 


Kolejnym jeziorem na naszej trasie było Lagoa do Canario, podobne do pozostalych i zasnute mgła. 


Następnie po około półgodzinnym marszu doszliśmy do zapowiadanego w przewodniku, jednego z najlepszych punktów widokowych na Wyspie - Miradouro da Gruta Inferno, z którego roztacza się widok na po wulkaniczne jeziora Lagoa Santiago i Azul. Niestety, po przybyciu na miejsce, po dość forsownej wspinaczce, nic tylko "mleko". No to tragedia, wydawałoby się. Trzeba było jednak chwilę poczekać i ni stąd ni zowąd powiał wiatr i dosłownie na kilka chwil odslonil niesamowity pejzaż. Aparaty w ruch... i koniec spektaklu. 




Mimo wszystko zadowoleni zeszliśmy w dół. Następne punkty widokowe były położone niżej i mgła nie stanowiła problemu. Na jednym z nich podziwialiśmy widok na Lagoa Verde (jezioro zielone) i Azul (jezioro błękitne) , miasteczko Sete Cidades. W istocie, jeziora te miały taki kolor. 

Podobny widok roztaczał się z Miradouro Vista do Rei.

Nieco niżej położone Miradouro do Cerrado das Freiras - oferowało widok na Lagoa Azul i Verde, Sete Cidades z innej strony. 


Z kolei jezioro Santiago można było zobaczyć z Miradouro da Lagoa Santiago.

Do miasteczka Sete Cidades wjechalismy poprzez most pomiędzy Lagoa Azul i Verde. W miateczku zjedliśmy obiad, po czym odpoczywaliśmy nad Lagoa Azul i zobaczyliśmy tzw. kanał hydrauliczny - przekop łączący jezioro w kalderze z miejscowością poza kaldera. 








W Sete Cidades odwiedziliśmy malutki kościółek św. Mikołaja, w którym można było kontemplować modlitwę przy delikatnej, puszczanej z głośników muzyce. Witraże kościoła przedstawiały sakramenty święte. Wokół oczywiście kwitły piękne hortensje. 














Kolejnym punktem widokowym był Miradouro da Lomba do Vasco, skąd roztaczał się widok zarówno na kaldere, jak i na wybrzeże. 


Tu też zachwycaliśmy się nagromadzeniem hotrencji wzdłuż drogi. 






Wreszcie przybyliśmy do naszego punktu docelowego w Varzea na wybrzeżu zachodnim. Na nocleg zatrzymalismy się w cudownym żółtym domku wiejskim pod palmami. Jego gospodyni przywitała nas bardzo serdecznie serwując wino z... pop-cornem. W ramach relaksu, mogliśmy rozegrać partyjkę szachów na starej szachownicy. W ogóle wyposażenie domu jest w stylu dawnej epoki. 




I wydawało by się, że nagromadzeniem wrażeń całego dnia już wyczerpało się, tymczasem czekał nas jeszcze niesamowity spektakl. Udaliśmy się bowiem na pobliskie Miradouro da Ponta do Escalvado by podziwiać zachód słońca nad oceanem. Po drodze minelismy cmentarzyk i mały kościółek Św. Rodziny. Zwróciliśmy uwagę, że na kilku domostwach były wizerunki św. Rodziny w formie azulejos. Z podziwem patrzyliśmy na tutejszą agrokulture. 









Przybyliśmy na Miradouro i spotkaliśmy tam parę sympatycznych młodych Portugalczyków, których poznaliśmy na Flores. Jaki świat jest mały!

Rozpoczął się zachód słońca. Aparaty poszły w ruch. Powiem szczerze: widzialem wiele zachodów słońca, ale ten był fantastyczny. Oświetlenie wybrzeża przez promienie zachodzącego słońca było niesamowite.












Tak zakończył się nasz kolejny dzień na Azorach, kolejny dzień pełen wrażeń.

Miało być mało pisania, ale nadmiar wrażeń spowodował, że wyszło jak wyszło. Tym niemniej zdjęć dużo, choć wybór zdjęć był trudny. 

1 komentarz:

  1. Świat nie jest mały tylko ludzie podążają podobnymi ścieżkami :) Ale dla takich widoków.... warto!

    OdpowiedzUsuń

Lizbona na leniwo i powrót

Przyszedł ostatni dzień naszej podróży. Dziś nie planowalismy jakiegoś konkretnego zwiedzania. Po prostu dziś chcieliśmy się powłóczyć po Li...