wtorek, 1 czerwca 2021

Pico - szara wyspa

Pico to największa (40x15 km) wyspa grupy centralnej Azorów, a jednocześnie najmłodsza geologicznie (ma "tylko" 300 tys. lat). Zamieszkuje ją 14 tys. osób. A dlaczego szara? W porównaniu z Faial mało jest terenów zalesionych, a dominują bazaltowe rumowiska kamieni, które sprawiają, że krajobraz miejscami staje się szary, żeby nie powiedzieć czarny. Bazalt używany jest do budowy domów, dróg, a przede wszystkim niewielkich murków, które zabezpieczają tutejsze słynne uprawy winorośli przed porwistym oceanicznymi wiatrem i zapewniają roślinom specyficzny klimat.  Nagrzane w ciągu dnia oddają ciepło roślinom. Krajobraz Pico zdominowany jest przez najwyższy szczyt Portugalii, jakim jest wulkan Pico (2351 m npm.). I właśnie ta wyspa była celem naszej dzisiejszej wycieczki. Wstaliśmy dość wcześnie, bo zaplanowany rejs promem był na 7:30. Jako, że śniadanie w hotelu serwowane jest od 7:00, zachodziła obawa, że nie zdążymy na prom (do portu z górki zbiega się w 15 min.), tym bardziej, że na kupionym wcześniej bilecie napisano, że trzeba być godzinę wcześniej. Miła pani w recepcji hotelowej zapewniała, że spokojnie możemy zjeść śniadanie i można zdążyć na ostatnią chwilę. Nie dawaliśmy temu wiary i zamówiliśmy lunch-boxy. Co nieco kierując się zapewnieniami recepcjonistki udaliśmy się niepospiesznie do portu, gdzie przybyliśmy przed 7:00. Właśnie był last call i dokładnie o 7:00 prom odpłynął (czyli pół godziny przed czasem). Odetchnęliśmy w przenośni i fizycznie morską bryzą. A wiało okrutnie, to też i na promie trudno było złapać równowagę. 



Obawialiśmy się co ten wiatr może przynieść. Ale jak wspomniano wcześniej, pogoda na Azorach jest nieprzewidywalna. Dlatego też, po wczorajszych opadach, dziś też splatala nam niespodziankę, tym razem jednak miłą. Było słonecznie i całkiem ciepło. Po półgodzinnym rejsie, podczas którego mijaliśmy wystające z oceanu skały,


przybilismy do portu w Madalena. Ponieważ przybyliśmy przed czasem i biuro rent a car było jeszcze zamknięte, powałęsaliśmy się po miasteczku odwiedzając między innym kościółek pw. Św. Marii Magdaleny, którego fronton, jako że wystawiony w stronę oceanu, zabezpieczony jest specjalnymi plytkami chroniącymi przed wilgocią.


 Potem poranna kawa w pobliskiej knajpce (śledziliśmy przy tym rytuał ekspresowego picia kawy na stojąco przez miejscowych). Wreszcie wsiedlismy do naszego Fokusika i w pierwszej kolejności odwiedziliśmy miejsce, z którego Pico slynie, czyli winnice. Otoczone, jak wspomniano, bazaltowymi murkami, rozległe jak okiem sięgnąć, robią duże wrażenie. Dowiedzieliśmy się, że początek uprawy winorośli datuje się na ok. XVI w. 






Kolejnym, jakże ważnym punktem naszego pobytu na wyspie, nie mógł być pominięty sam wulkan Pico. Wprawdzie nie pokusiliśmy się na zdobycie szczytu (to wymaga kilkunastu godzin marszu, po  uprzedniej rezerwacji terminu i dokonania oplaty; wymarsze z przewodnikiem odbywają się wieczorem, aby oglądać wschód słońca że szczytu) to jednak dotarliśmy najwyżej jak się da. Dojechaliśmy samochodem po wąskich i wijacych się serpentynach do Casa de Montana, czyli domku górskiego, położonego na wys. ok. 1200 m npm., z którego odbywają się wymarsze na szczyt.



Po drodze mijaliśmy wysokogórskie pastwiska krów, które dowożone tam były... samochodami. Z punktu docelowego roztaczał się niesamowity widok na wyspę usianą licznymi, mniejszymi stożkami wulkanicznymi oraz na pobliską wyspę Faial. 





Wprawdzie temperatura u góry była niższa niż na dole i nie przekraczała 10C i okresowo widok przesłaniała mgła, to wrażenia były oczywiste. Skoro doznaliśmy "podniebnego" obcowania z wulkanem, to dlaczego by nie zagłębić się w jego podziemne części. Zjechaliśmy w dół kilkaset metrów, by odwiedzić Grutas das Torres, podziemne kanały lawowe. Spędziliśmy pod ziemią ok. 1,5 h, w czasie którego przewodnik objaśniał nam wszelkie aspekty wulkanologiczne. Odwiedzany przez nas kanał lawowy ma długość ok. 5 km, z czego część przeszliśmy, podziwiajac ślady przepływu ławy i skalnobazaltowe związane z tym zjawiska. Zaopatrzeni byliśmy w kaski i latarki. 








Na koniec zwiedzania zalecono wyłączyć na parę minut latarki, by doznać uczucia ciemności głębi ziemi oraz ciszy, zakłócanej jedynie kapaniem wody. Wrażenie było niesamowite. W dalszej części pobytu przemirzylismy wzdłuż wyspę po płaskowyżu wokół wulkanu Pico, podziwiajac ukształtowanie terenu, roślinność.



 Urzekly nas drobne różowe kwiatki, które wyścielały pobocza drogi.




Sama droga, pomimo pofalowaego, po wulkaniczne go terenu była prosta jak drut. 

Po drodze odwiedziliśmy urokliwe jeziorko Lagoa do Capitao położone na wysokości 800 m npm., ze stadem ciekawie upierzonych kaczek (wg opisu odmiana amerykańska).




 W końcu zjechaliśmy do oceanu i przemierzaliśmy urocze nadmorskie miasteczka, z bazaltowymi domkami i kościółkami. Nazwy kolejnych miasteczek zaczynały się na Sao: Roque, Antonio, Ana, Luzia. 







Bazaltowe wybrzeża tworzyły co pewien czas tzw. piscinas naturais, czyli naturalne baseny oceaniczne, w których można zażywać kąpieli w kipieli morskiej. 

Na koniec w nawiązaniu do początkowego punktu naszego programu odwiedzilismy muzeum wina, w którym mogliśmy zapoznać się ze szczegółami uprawy winorośli i produkcji wina, z jego gatunkami. 


Tu też była okazja do zobaczenia, typowych dla Makaronezji smoczych drzew. Jedno z nich miało ok. 800 lat. 


Nieico utrudzeni, ale zadowoleni, zaembarkowalismy się na powrotny prom do Horty, który tym razem odpłynął zgodnie z rozkladem. 

Porejsie, podobnie jak w poorzednich dniach, dzień zakończyliśmy rybką.

Pomimo eksploracji, wulkan nie okazał nam nadal pełnego oblicza.





1 komentarz:

Lizbona na leniwo i powrót

Przyszedł ostatni dzień naszej podróży. Dziś nie planowalismy jakiegoś konkretnego zwiedzania. Po prostu dziś chcieliśmy się powłóczyć po Li...